Historia zaczyna się w tym miejscu. Młoda kobieta zbiera kłosy na cudzym polu, żeby nie umrzeć z głodu. Robotnicy krzyczą na nią i traktują ją źle. A ona nie ma jak się bronić. Jest cudzoziemką, jest wdową. Mieszka z teściową, która ją kocha, ale to za słabe lekarstwo na samotność. Trochę bez sensu to wszystko.
Wtedy na polu pojawia się on. Właściciel pola. Nie jest młody ani piękny. Zauważa ją. Robi porządek z dręczycielami. Docenia jej pracę, częstuje chlebem i kwaśną polewką, zaprasza na swoje pole. Ktoś, kto jest uczciwy, kto się zaopiekował, docenił, zauważył. Booz.
Ta historia ma swój dalszy ciąg, trochę zaskakujący. Teściowa namawia Rut do czegoś, co może gorszyć niejedną „porządną” kobietę. A Rut się nie waha. Zdobywa serce Booza w taki sposób, żeby to on ją wybrał i zawalczył o nią. Niczego na nim nie wymusza, nie odwołuje się do jego poczucia obowiązku. Po prostu pojawia się w jego życiu. A on robi wszystko, żeby z nią być już na zawsze. I robi to natychmiast.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz